Arabskie partie języczkiem u wagi po wyborach w Izraelu. Droga do rządu wciąż zamknięta
Arabskie ugrupowania zdobyły rekordowe 19 mandatów w 120-osobowym Knesecie, stając się potencjalnym języczkiem u wagi w rozmowach o utworzeniu nowego rządu. Wysoka frekwencja wśród palestyńskich obywateli Izraela zmieniła układ sił między obozem premiera Benjamina Netanjahu a jego głównym rywalem Gadim Eisenkotem. Żaden z nich nie ma obecnie łatwej drogi do większości. Największą pojedynczą partią pozostaje Likud z 27 mandatami, a ugrupowanie Eisenkota Yashar zdobyło 21 miejsc.
Perspektywa współpracy z arabskimi posłami jest jednak ograniczona przez głęboką nieufność i polityczne podziały. Blok Netanjahu wyklucza koalicję ze Wspólną Listą, która również odrzuca współpracę z premierem. Eisenkot wykazuje większą elastyczność, ale nie przedstawił formalnej oferty. Ewentualne rozmowy mogłyby rozpocząć się od partii Ra’am Mansura Abbasa, mającej osiem mandatów. Trudniejszym partnerem byłaby Wspólna Lista, która dysponuje co najmniej 11 miejscami i domaga się m.in. pełnej równości obywatelskiej i narodowej Palestyńczyków w Izraelu, zakończenia wojny w Strefie Gazy oraz uznania prawa do niepodległego państwa palestyńskiego.
Napięcia dodatkowo podsyciły oskarżenia obozu Netanjahu, że wysoka frekwencja arabskich wyborców była efektem katarskiego finansowania i przekupstwa. Nie przedstawiono jednak dowodów na poparcie tych zarzutów. Katar określił je jako „absurdalne i niebezpieczne”, a prezydent Icchak Hercog wezwał do zbadania sprawy, jednocześnie ostrzegając przed stygmatyzowaniem całej społeczności arabskiej. Analitycy zwracają uwagę, że próby delegitymizowania arabskich partii mogą utrudnić demokratyczne reprezentowanie jednej piątej mieszkańców kraju. Jednym z możliwych scenariuszy pozostaje rząd odsuwający Netanjahu od władzy, wspierany przez Wspólną Listę z zewnątrz, bez jej formalnego udziału w koalicji.



