Ryzykowna gra Netanjahu. Czy naloty na Iran nadszarpną relacje z Donaldem Trumpem?
Ostatnia, nocna wymiana ciosów rakietowych między Izraelem a Iranem wywołała nie tylko globalny strach przed powrotem do pełnoskalowej wojny, ale postawiła pod znakiem zapytania bliskie dotychczas relacje między premierem Benjaminem Netanjahu a prezydentem USA Donaldem Trumpem.
Mimo wyraźnej niechęci Białego Domu do ponownego zaogniania konfliktu i wysiłków Waszyngtonu na rzecz deeskalacji, Netanjahu zdecydował się na odwet po irańskim ostrzale. Decyzja ta zapadła w cieniu napływających zza oceanu doniesień o rosnącej irytacji i zniecierpliwieniu Donalda Trumpa postawą izraelskiego premiera.
„Teheran musi płonąć” kontra prawo do samoobrony
Po tym, jak Iran wystrzelił w nocy salwę rakiet balistycznych w odpowiedzi na izraelskie bombardowania Bejrutu, wewnątrz izraelskiego rządu podniosły się głosy domagające się bezwzględnej reakcji. Skrajnie prawicowy minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben Gwir ogłosił wprost: „Dziś w nocy Teheran musi płonąć!”.
Netanjahu po raz kolejny zasłonił się przed amerykańską administracją niezbywalnym „prawem do samoobrony”. Eksperci wskazują jednak, że izraelski przywódca znalazł się w sytuacji bez wyjścia.
„Żaden izraelski lider nie pozwoliłby sobie na pozostawienie irańskiego ataku bez odpowiedzi. To po prostu niemożliwe” – ocenia Michael Horowitz, analityk ds. bezpieczeństwa.
Z kolei Yaakov Katz z Jewish People Policy Institute dodaje, że sygnał wysłany do Teheranu (i pośrednio do Waszyngtonu) jest jasny: „Nawet jeśli Trump dąży do porozumienia, Izrael działa niezależnie”. Choć izraelska armia poinformowała, że jej szef sztabu pozostawał w stałym kontakcie z amerykańskim odpowiednikiem, to demonstracyjny brak posłuszeństwa wobec Białego Domu rzuca się w oczy.
W cieniu nadchodzących wyborów
Kluczowym elementem determinującym decyzje Netanjahu jest kalendarz polityczny. Izrael przygotowuje się do wyborów parlamentarnych, które mają odbyć się pod koniec października.
Zarówno opozycja, jak i koalicjanci Netanjahu, naciskali na twarde stanowisko, przypominając mu jego własne słowa z 2024 roku: „Premier Izraela musi potrafić powiedzieć »nie«, nawet naszym najlepszym przyjaciołom”. Gdyby Izrael nie odpowiedział na rakiety wystrzelone z Iranu, rywale polityczni premiera natychmiast wykorzystaliby to jako dowód na słabość rządu.
„To nie pierwszy raz, kiedy Netanjahu ignoruje prezydenta Trumpa, ale z pewnością pierwszy raz robi to tak publicznie. To ogromny hazard” – komentuje Horowitz.
Wspólny front i nowe dylematy
Od czasu, gdy 28 lutego Trump i Netanjahu wspólnie zainicjowali szeroko zakrojoną ofensywę dyplomatyczno-militarną przeciwko Iranowi, obaj przywódcy są na siebie skazani. Publiczny, głęboki kryzys w ich relacjach mógłby zaszkodzić obu stronom – zwłaszcza w okresie przedwyborczym.
Anna Barsky, komentatorka dziennika Maariv, uważa decyzję o uderzeniu na Iran za ryzykowną, lecz zrozumiałą:
Ryzyko: Mogło to wywołać lawinę kolejnych ataków ze strony Teheranu i jego regionalnych bojówek (tzw. proksy).
Konieczność: Brak reakcji stworzyłby niebezpieczny precedens, w którym Iran mógłby bezkarnie ostrzeliwać terytorium Izraela.
Choć eskalację udało się tymczasowo wygasić, a obie strony ogłosiły powrót do zawieszenia broni, Izrael nie zaprzestał ataków na cele Hezbollahu w Libanie. Przez to kraj staje przed uderzającym dylematem: jak utrzymać strategiczny sojusz z USA, nie tracąc przy tym zdolności do prowadzenia niezależnej polityki obronnej. Barsky zauważa, że sytuacja jest o tyle trudniejsza, że amerykański prezydent nie rozmawia dziś z Netanjahu jak z równym sobie partnerem, lecz traktuje go jak aktora drugoplanowego. Z perspektywy Tel Awiwu to właśnie to przesunięcie akcentów stanowi największe zagrożenie.



